Sezon rekordów w polskiej energetyce. OZE strzałem w dziesiątkę

Ceny energii to jeden z tematów, które elektryzują Polaków. Zresztą, nie tylko nas – skoki na rynkach paliw podsycone niestabilną sytuacją na Bliskim Wschodzie wywołują emocje na całym świecie. Obecnie obserwujemy przede wszystkim ceny na pylonach stacji benzynowych i nasłuchujemy komunikatów o stawach maksymalnych. Ale jeszcze całkiem niedawno żyliśmy tematem cen energii wykorzystywanej m.in. w naszych domach. 

Maciej Sikorski
1
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Sezon rekordów w polskiej energetyce. OZE strzałem w dziesiątkę

Pod koniec marca br. głośno zrobiło się o historycznie wysokich cenach diesla, które zbliżyły się niebezpiecznie do poziomu 9 zł za litr. I odbywało się to w sprinterskich warunkach. Wystarczyło zaledwie kilka dni, by paliwo podrożało o około 1 zł. Z kolei na początku kwietnia głośno zrobiło się o rekordowo drogim paliwie lotniczym. Donald Trump w swoim stylu zapewniał, że odbiorcy tego surowca mogą się w niego zaopatrywać w USA, ale branży jakoś to nie uspokoiło. Lufthansa ogłosiła, że do jesieni odwoła 20 tys. lotów krótkodystansowych, a jednym z powodów jest właśnie sytuacja na rynku surowców.

Dalsza część tekstu pod wideo

Czy wciąż nieugaszony konflikt może dalej uderzać w nasze portfele i przyczynić się np. do braku gazu w polskich magazynach? 

W odpowiedzi na eskalację sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie Orlen wdrożył szereg działań o charakterze rynkowym i czasowym, których celem jest ograniczenie wpływu gwałtownych wzrostów cen surowców na odbiorców końcowych. Jeśli chodzi o gaz, spółka opiera zaopatrzenie na własnym wydobyciu w Polsce i Norwegii, dostawach gazociągiem Baltic Pipe oraz LNG pozyskiwanym z różnych kierunków świata, w szczególności ze Stanów Zjednoczonych. Import LNG z Kataru odpowiadał w 2025 roku za około 10 proc. zapotrzebowania Orlenu i jego odbiorców, co oznacza, że ewentualne ograniczenia z tego kierunku nie mają kluczowego znaczenia dla bilansu dostaw. Dodatkowo spółka posiada możliwość elastycznego uzupełniania wolumenów na rynku spot, także dzięki własnej flocie nowoczesnych gazowców LNG, która zwiększa niezależność operacyjną i odporność na zakłócenia

– wyjaśniło biuro prasowe spółki Orlen.

Nie ma zatem powodów do paniki. Przynajmniej na razie. Jeśli jednak komuś wydaje się, że energetyczne rekordy to kwestia ostatniego miesiąca, przypomnę doniesienia z początku roku.

Rekord za rekordem w PSE

Już na początku stycznia spółka Polskie Sieci Elektroenergetyczne poinformowała, że w kraju odnotowano najwyższe w historii zapotrzebowanie na moc: 9 stycznia wyniosło ono 27,6 GW netto (29,2 GW brutto). Poprzedni rekord również odnotowano 9 stycznia, ale 2024 roku. Było to 28,6 GW brutto. Wysokie zapotrzebowanie wynikało przede wszystkim z niskiej temperatury – w ciągu dnia słupki rtęci na termometrach zjechały mocno poniżej zera.

Nie minęło wiele czasu, a przedstawiciele PSE informowali, że 14 stycznia osiągnięto najwyższą w historii generację mocy z krajowych źródeł wytwórczych: 28,9 GW netto (30,5 GW brutto). Za niemal 60 proc. odpowiadały źródła węglowe, za blisko 14 proc. źródła gazowe, a za przeszło 21 proc. źródła odnawialne, głównie turbiny wiatrowe i fotowoltaika. Co ciekawe, Polska w tym czasie eksportowała energię elektryczną.

Rekordy na długie miesiące? Nic z tych rzeczy. Na początku lutego z komunikatu PSE mogliśmy się dowiedzieć, że zapotrzebowanie Krajowego Systemu Elektroenergetycznego na moc wyniosło 27,7 GW netto (29,3 GW brutto). Za rosnący popyt odpowiadały przede wszystkim spadki temperatury. Niedługo później na rekord poszła generacja mocy: 29,8 GW netto (31,3 GW brutto). Także i tym razem realizowano eksport, który wyniósł około 2 GW.

Polska odchodzi od węgla i stawia na OZE. To widać

Chociaż bito rekordy, informowano, że system pracuje stabilnie i posiada rezerwy. Jednocześnie zwracano uwagę m.in. na to, że Polska nie zmaga się już z całkowitą dominacją jednego źródła energii. Co prawda OZE z gazem nie są w stanie pokryć zapotrzebowania na energię, ale w przypadku węgla też stało się to niemożliwe. Miks energetyczny staje się faktem, co w swoim wpisie w serwisie LinkedIn akcentował Konrad Purchała, wiceprezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych:

Za nami kolejny historyczny szczyt. I to podwójny - zapotrzebowania i generacji. Potwierdza się, że kluczem do sukcesu jest współpraca różnych źródeł wytwarzania, bo wtedy się dobrze wzajemnie uzupełniają. Bardzo dobra dyspozycyjność bloków konwencjonalnych w połączeniu z dobrymi warunkami dla OZE pozwalają całkiem komfortowo przejeżdżać przez mrozy. Pewnie jeszcze nie raz i nie dwa będą się zdarzać trudniejsze okresy bilansowe, ale elastyczność i odporność KSE rośnie. Najbliższe kilka lat to dalsze zmiany - nowe bloki, uruchamianie offshore i pojawiające się powoli magazyny istotnie zmienią krajowy system elektroenergetyczny

– deklarował Konrad Purchała.

Niedługo później Ministerstwo Klimatu i Środowiska również zwróciło w swoim komunikacie uwagę na ów miks energetyczny. Resort poinformował, że na koniec 2025 roku udział odnawialnych źródeł w zainstalowanej mocy wyniósł ponad 50 proc. Łączna moc instalacji OZE na koniec grudnia zbliżyła się do poziomu 38 GW. Tymczasem na początku dekady było to około 12,5 GW. Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że w 2020 roku instalacje OZE odpowiadały za niewiele ponad 24 proc. mocy zainstalowanej.

W przedstawionych zmianach sporą rolę odegrały elektrownie wiatrowe. W ciągu pięciu lat zwiększyły moc z 6,4 GW do ponad 10,5 GW. Jednak jeszcze większe wrażenie robi skok, jaki wykonały elektrownie słoneczne, które zwiększyły moc z niemal 4 GW do blisko 25 GW.

Wzrost mocy to jedno. Równie istotne jest to, że w 2025 roku z OZE pochodziło blisko 55 tys. GWh energii, czyli przeszło 31,4 proc. wyprodukowanej w Polsce energii elektrycznej. Dla porównania: w 2020 roku odnawialne źródła wytworzyły nad Wisłą nieco ponad 28 tys. GWh energii elektrycznej. Na przestrzeni kilku lat wynik udało się niemal podwoić. Powtórzę: w minionym roku prawie co trzecia kilowatogodzina wyprodukowana w Polsce pochodziła z zielonych źródeł. 

Na jeszcze nowsze dane światło rzuciła ostatnio przywołana już Agencja Rynku Energii. Okazuje się, że na koniec lutego br. łączna moc zainstalowana farm wiatrowych w Polsce osiągnęła poziom przeszło 10,8 GW. Oznacza to wzrost o ponad 4 proc. w ujęciu rocznym. Niby niewiele. Tym bardziej wrażenie może robić fakt, że w lutym elektrownie wiatrowe wytworzyły niemal 2 tys. GWh energii elektrycznej. To o przeszło 30 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku. Warunki okazały się sprzyjające, produktywność wzrosła. Efekt? Możliwe było np. ograniczenie produkcji energii z węgla brunatnego. O ile w lutym ubiegłego roku ten surowiec odpowiadał za wytworzenie ponad 3,3 tys. GWh, to w lutym br. było to już przeszło 2,8 tys. GWh, jak wynika z danych ARE.

Polska z najdroższą energią w Europie

Ktoś spojrzy na przywołane dane i stwierdzi, że jest super. A przynajmniej dobrze – transformacja energetyczna przyniosła zapowiedziane skutki, możemy się wszyscy poklepać po plecach w geście gratulacji. Cóż, nie do końca. Pierwsze miesiące tego roku pokazały nasz problem m.in. za sprawą cen energii na Rynku Dnia Następnego. Ten ostatni umożliwia handel prądem na dzień przed jego faktyczną dostawą. Ceny ustalane są z wykorzystaniem mechanizmów aukcyjnych, na podstawie popytu i podaży.

Gdy zapotrzebowanie na energię elektryczną rośnie, np. w wyniku niesprzyjających warunków atmosferycznych (niska temperatura i słabe nasłonecznienie), do góry idą także ceny. Na obniżenie tych ostatnich wpływ może mieć podaż energii ze źródeł odnawialnych. Jeśli jednak OZE pozostaje w cieniu paliw kopalnych, ceny na RDN mogą wystrzelić. I takie przypadki obserwowaliśmy w styczniu oraz lutym br. Dotyczyły różnych państw, ale Polska relatywnie często znajdowała się w gronie krajów, w których energia elektryczna była najdroższa. Czasem byliśmy po prostu liderami rankingu. A to akurat nie powinno nas cieszyć.

W pierwszej połowie stycznia ceny na RDN dla Polski wynosiły nawet powyżej 260 euro za megawatogodzinę (12 stycznia było to 269 euro). W tym samym czasie Niemcy mogli się pochwalić wynikiem lekko powyżej 100 euro. Francji, Hiszpanii czy Portugalii udało się wówczas zejść poniżej 90 euro. W mroźnej Skandynawii było niewiele drożej niż za naszą zachodnią granicą. Niestety, o takich rekordach też trzeba pamiętać. Zwłaszcza, że RDN jest powiązany z unijnym systemem handlu uprawnieniami do emisji, czyli osławionym ETS. Polska miała drogą energię, bo jest w znacznym stopniu uzależniona od paliw kopalnych, głównie węgla.

Zamiast obrażać się na rzeczywistość, trzeba się do niej dostosować 

Koszty wspomnianych uprawnień będą rosły i chociaż obecnie mówi się sporo o reformie tego systemu, nie należy kurczowo trzymać się myśli, że "jakoś to będzie", że transformacja nie jest potrzebna, bo cały mechanizm pójdzie do kosza. O wiele bardziej prawdopodobne są kosmetyczne zmiany narzędzia niż jego rozbiórka. Tym bardziej potrzebna jest nam przebudowa systemu energetycznego, w którym sektor OZE będzie współdziałał z energetyką jądrową. A wszystko zrównoważą przywołane już przez wiceprezesa PSE magazyny energii. Tezę tę potwierdza rodzimy koncern multienergetyczny.

Na kształt cen energii elektrycznej na rynku w kolejnych latach wpłyną przede wszystkim zmiany w miksie energetycznym, ceny paliw i uprawnień do emisji CO2 oraz zapotrzebowanie na energię elektryczną. Zakładamy, że podejmowane działania na rzecz transformacji energetycznej, w tym również przyjęte w ramach strategii Orlen 2035, takie jak: rozwój OZE, magazynów energii, sieci dystrybucyjnych oraz źródeł niskoemisyjnych, pomogą zapewnić ceny dla odbiorców na akceptowalnym poziomie

– przekazało nam biuro prasowe koncernu Orlen.

Polacy wybrali pellet. I mocno się na tym przejechali

Problemem w zakończonym niedawno sezonie grzewczym były nie tylko wystrzały kursów na Rynku Dnia Następnego. Rekordowe okazały się też np. ceny… pelletu. Zima pokazała, że rynek nie był przygotowany na niskie temperatury. Przynajmniej nie na tak niskie i utrzymujące się przez dłuższy czas. Popyt wzrósł drastycznie, podaż za tym nie nadążyła i za tonę pelletu trzeba było zapłacić nawet 2,5 tys. zł, czyli o około 1 tys. zł więcej niż pod koniec ubiegłego roku. Na przestrzeni kilku lat cena tego paliwa wzrosła dwukrotnie. To o tyle istotne, że w Polsce funkcjonuje grubo ponad 400 tys. kotłów na pellet. Ostatnio popularność tego rozwiązania rosła m.in. za sprawą programu Czyste Powietrze.

Z opublikowanego niedawno raportu Polskiego Alarmu Smogowego wynika, że kocioł na pellet okazał się najdroższą w eksploatacji metodą ogrzewania domów. Przynajmniej w gronie tych cieszących się największą popularnością. Po drugiej stronie zestawienia znalazły się gruntowa pompa ciepła z ogrzewaniem podłogowym. Roczny koszt ogrzewania domu w przypadku tej ostatniej wyniósł (wedle raportu) około 4,7 tys. zł. Dla kotła na pellet wynik rośnie do niemal 10,4 tys. zł. 

Słupki rtęci w dół, zużycie energii w górę

Oczywiście nie jest tak, że minionej zimy rósł wyłącznie popyt na pellet. Z danych podawanych przez Polskie Sieci Energetyczne wynika, że zużycie energii elektrycznej w Polsce w styczniu wzrosło o ponad 9,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2025 roku. Warto zaznaczyć, że podobnie wyglądała sytuacja na rynku gazu.

Z obecnych szacunków wynika, że w okresie od października 2025 roku do końca lutego 2026 roku zużycie było o ponad 9 proc. wyższe niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, a w porównaniu ze średnią z trzech wcześniejszych lat wzrosło o ponad 16 proc. Niższe temperatury w sezonie 2025/2026 przekładają się na zwiększone zapotrzebowanie na gaz w gospodarstwach domowych

– poinformował nas dział prasowy spółki Orlen.

Podobne doniesienia płyną z innej polskiej firmy. Od przedstawicieli PGE dowiedzieliśmy się, że z ich danych wyraźnie wynika, iż zima wpłynęła na poziom zużycia energii.

Miarą zjawisk pogodowych była zmiana średniej temperatury w analizowanym okresie – z plus 1.5 st. w roku poprzednim do minus 3.5 st. w roku bieżącym. Zjawisko to przełożyło się na znaczny przyrost zapotrzebowania odbiorców na energię elektryczną, wynoszący ok. 11 proc. wobec analogicznego okresu roku poprzedniego. Warto zauważyć, że nie wszyscy odbiorcy jednakowo reagują na warunki atmosferyczne pod względem zużycia energii elektrycznej

– wyjaśniło biuro prasowe PGE.

Jeszcze większe wrażenie robią informacje dot. zapotrzebowania na ciepło:

Od początku stycznia do końca lutego br. w lokalizacjach, w których znajdują się jednostki wytwórcze PGE EC, odnotowaliśmy większą produkcję ciepła o ok. 30 proc. w stosunku do średniej produkcji z wielolecia. To wynika z większego zapotrzebowania na ciepło naszych odbiorców. W tegorocznym okresie grzewczym zanotowaliśmy około 60 dni ze średnią temperaturą zewnętrzną poniżej zera. Ostatnio podobne warunki atmosferyczne – tak intensywne i długotrwałe mrozy – wystąpiły 16 lat temu, w 2010 roku

– zaznaczyli przedstawiciele PGE.

Czy te wszystkie wzrosty oznaczają, że Polacy minionej zimy zapłacili rekordowe rachunki za energię? To zależy. W przypadku przywołanego już pelletu odpowiedź jest w miarę prosta i odbiorcy poznali ją nabywając paliwo. Ale jak to wygląda np. w przypadku gazu?

Ceny paliwa gazowego m.in. dla gospodarstw domowych i klientów wrażliwych (szpitale, przedszkola, szkoły, wspólnoty mieszkaniowe, etc.) są w Polsce regulowane, a aktualnie obowiązująca taryfa ustalana przez prezesa URE obowiązuje do 30 czerwca 2026 roku (taryfa dystrybucyjna gazu obowiązuje do 31.12.2026 roku). Warto podkreślić, że w ostatnim czasie, dla podmiotów objętych ochroną taryfową, ceny gazu realnie spadły

– przekonuje biuro prasowe Orlenu.

Jak to wygląda w przypadku ciepła? Przedstawiciele PGE wyjaśnili, że na cenę dostawy ciepła dla klienta końcowego składa się kilka czynników. Mowa o cenie za wytworzenie ciepła oraz opłacie za jego przesyłanie. Obie składają się z części stałej i zmiennej. Ceny zależne są m.in. od kosztów ponoszonych przez firmy energetyczne (koszty paliw, uprawnień do emisji CO2, inwestycji i modernizacji, dystrybucji itd.).                                                                                         

Klient końcowy (mieszkaniec) płaci w czynszu zaliczkę na poczet ogrzewania ciepła, która jest ustalana przez administratora budynku np. spółdzielnie mieszkaniowe na podstawie standardowego zużycia dla danego budynku dla całego sezonu grzewczego. Stąd też, jeżeli okaże się, że faktyczne zużycie za sezon grzewczy u takiego odbiorcy jest większe od wielkości prognozowanej, to odbiorca dopłaci różnicę. Skala i kierunek rozliczeń są trudne do oszacowania, szczególnie że zwiększony pobór przez jeden lub dwa miesiące nie oznacza, że całe sześciomiesięczne zużycie będzie większe

– uspokaja biuro prasowe PGE.

Czy klienci byli/są spokojni? Nie do końca, o czym dowiedzieliśmy się w biurze prasowym grupy E.ON w Polsce.

W okresach bardzo niskich temperatur obserwujemy zwiększoną liczbę kontaktów z Biurem Obsługi Klienta w naszych spółkach ciepłowniczych. Klienci częściej dopytują o rozliczenia i poziom zużycia w porównaniu do okresów o łagodniejszej pogodzie.

Konsumenci mają wpływ na wysokość rachunków

Dostawcy energii zwracają przy tym uwagę, że sami odbiorcy mają wpływ na wysokość rachunków. Istotną rolę odgrywają tu styl użytkowania pomieszczeń, szczelność okien czy izolacja termiczna budynku. Przywoływany już Polski Alarm Smogowy w swoim raporcie stwierdza jednoznacznie, że ocieplenie budynków drastycznie obniża rachunki. Po termomodernizacji koszty ogrzewania mogą spaść nawet o blisko połowę. 

Dla niektórych klientów pomocne może być właściwe dobranie cyklu rozliczeniowego. Co do zasady nie ma on wpływu na koszt zużytej energii. Umożliwia jednak kontrolowanie wydatków. 

Dla odbiorców rozliczających się co miesiąc, czyli na podstawie rzeczywistego zużycia energii, przełożenie wzrostu zużycia na rozliczenia będzie natychmiastowe. Odbiorcy rozliczający się w długich okresach, najczęściej sześciomiesięcznych, wnoszą najpierw zaliczki na poczet przyszłego rozliczenia, a po tym okresie rozliczani są z rzeczywistego zużycia. Zaliczki te ustalane są na podstawie historii zużycia energii u odbiorcy i z racji swojego charakteru nie uwzględniają długookresowych prognoz pogody

– opisuje biuro prasowe PGE.

Jeśli zatem ktoś nie lubi niespodzianek, nie powinien decydować się na dłuższe okresy rozliczeniowe. Gdy zużycie okaże się wyższe od prognozowanego, odbiorcę czeka wyrównanie różnicy. W przypadku takiej zimy, jak ta miniona, może to być spory kłopot. To jednak nie wszystko:

Realny wpływ na poziom rachunków może mieć np. dobór odpowiedniej grupy taryfowej (np. taryfy strefowe), o ile klient jest w stanie przenieść część zużycia na godziny pozaszczytowe. Klienci mogą też wybierać produkty takie jak E.ON Happy Hours i pomoc fachowców, które premiują korzystanie energii w wyznaczonych godzinach w ciągu dnia

– dodało biuro prasowe E.ON.

W przypadku innych firm z tego rynku wygląda to podobnie i warto wnikliwie sprawdzić ofertę. Jeżeli kimś wstrząsnęły rachunki za energię w minionym sezonie grzewczym, należy właściwie przygotować się do kolejnego. Bo zima, która przyjdzie za niewiele ponad pół roku, może przynieść jeszcze niższe temperatury i kolejne rekordy. I to takie, których nie chcemy bić.