Nie łudź się, maszty komórkowe nie znikną. Wystarczy zerknąć na raport
Satelity na niskiej orbicie mogą zmienić sposób, w jaki korzystamy z sieci komórkowych. Nie oznacza to jednak, że wkrótce znikną maszty i stacje bazowe. Nowe raporty Strand Consult pokazują, gdzie technologia LEO ma realne możliwości, a gdzie jej obietnice zaczynają rozmijać się z rzeczywistością.
LEO ma ogromny zasięg, ale ograniczoną pojemność
Technologia Direct-to-Device (D2C) pozwala komunikować się ze zwykłym smartfonem bez konieczności korzystania z dodatkowego terminala satelitarnego. To szczególnie interesujące w miejscach, gdzie budowa tradycyjnej infrastruktury jest zbyt droga lub po prostu nie ma ekonomicznego sensu.
Problem pojawia się tam, gdzie użytkowników jest dużo. Sieci naziemne mogą korzystać z gęstej siatki stacji bazowych, dzięki czemu obsługują ogromny ruch, zwłaszcza w miastach. Satelita musi natomiast dzielić swoją pojemność pomiędzy znacznie większy obszar.
Strand Consult zwraca też uwagę na kwestie widma radiowego. Usługi D2C wykorzystujące częstotliwości przeznaczone dla sieci komórkowych podlegają regulacjom, które mogą utrudniać ich skalowanie i zapewnienie jednolitego działania na całym świecie. Różnice między poszczególnymi państwami dodatkowo komplikują sytuację.
Co w takim razie ze Starlinkiem i podobnymi usługami?
Rozwój D2C jest jednak bardzo realny. Jednym z przykładów jest AST SpaceMobile. Według informacji zawartych w dokumentach FCC, firma miała uruchomić 13 satelitów operacyjnych, które mają zapewniać łączność 4G i 5G. Docelowo jej konstelacja może zostać rozbudowana nawet do 243 satelitów.
To pokazuje, że satelity mogą być ważnym uzupełnieniem sieci komórkowych. Mogą zapewnić kontakt tam, gdzie telefon nie ma dostępu do masztu, a także zwiększyć odporność łączności w trudno dostępnych miejscach. Znacznie trudniej byłoby jednak wykorzystać je do obsługi ruchu generowanego przez miliony użytkowników w gęsto zaludnionych obszarach.
A gdyby jednak wyłączyć wszystkie maszty?
Drugi raport Strand Consult podchodzi do sprawy zupełnie inaczej. Zamiast analizować, czy satelity mogą zastąpić sieci naziemne, przyjmuje skrajny scenariusz: jest rok 2045, ostatnie maszty komórkowe zostały wyłączone, a całą komunikację przejęła konstelacja LEO.
To eksperyment myślowy, a nie prognoza. Autorzy analizują, jak ogromnej infrastruktury satelitarnej wymagałby taki świat. Potrzebne byłyby miliony dynamicznie zarządzanych łączy, ogromna liczba satelitów oraz rozwiązania pozwalające obsłużyć ruch porównywalny z dzisiejszymi sieciami naziemnymi.
Do tego dochodzą jeszcze kwestie częstotliwości, kosztów, regulacji i geopolityki. Nawet pokonanie barier technicznych nie gwarantowałoby więc powstania jednej globalnej sieci satelitarnej.
Wniosek z obu raportów jest dość prosty: przyszłość raczej nie będzie należała wyłącznie do satelitów ani wyłącznie do masztów. LEO może skutecznie wypełniać luki w zasięgu i zapewniać łączność tam, gdzie infrastruktura naziemna nie ma sensu ekonomicznego. W miastach i miejscach o dużym ruchu nadal trudno będzie jednak konkurować z gęstą siecią stacji bazowych.