Dzięki niemu rakiety leciały w kosmos. Wcześniej chciał wywołać demony

Jack Parsons pomógł wynieść rakiety w kosmos. W wolnych chwilach robił coś znacznie dziwniejszego.

Jakub Krawczyński (KubaKraw)
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Dzięki niemu rakiety leciały w kosmos. Wcześniej chciał wywołać demony

Rakiety i magia

Zimą 1946 roku dwaj mężczyźni weszli razem na pustynię Mojave w Kalifornii. Jednym z nich był Jack Parsons. Był samoukiem i chemikiem. Współtworzył Jet Propulsion Laboratory, dziś słynny ośrodek NASA. Drugim był L. Ron Hubbard. Pisał wtedy powieści science fiction i nie założył jeszcze Kościoła Scjentologicznego.

Dalsza część tekstu pod wideo

Choć Parsons zajmował się rakietami, a Hubbard o nich pisał w fikcji, w trakcie ich spotkania nie chodziło im jednak o technologie, które umożliwią loty w kosmos. Obaj prowadzili rytuały okultystyczne. Chcieli przywołać boginię o imieniu Babalon (nie mylić z Babilonem). Miała im pomóc sprowadzić do fizycznego świata istotę spoza naszej rzeczywistości. Całość znamy dziś jako Babalon Working, czyli rytuał Babalon.

31 października 1936 roku (właśnie w Halloween) Parsons testował z kolegami silniki rakietowe w Arroyo Seco w Pasadenie. NASA uznaje te próby za wydarzenie zapoczątkowujące istnienie Jet Propulsion Laboratory (JPL). Równolegle fascynował się magią ceremonialną. Wierzył, że rytuały potrafią przywoływać duchowe byty i sprowadzać je do realnego świata. Wstąpił do kalifornijskiego oddziału Ordo Templi Orientis. To organizacja związana z brytyjskim okultystą Aleisterem Crowleyem i jego religią zwaną Thelemą. W 1943 roku Parsons objął kierownictwo loży Agape, która działała w jego domu w Pasadenie.

Z Hubbardem poznał się latem 1945 roku. Wkrótce Hubbard wprowadził się do jego domu. Nie znał się na okultyzmie, ale Parsons widział w nim dobrego partnera. W styczniu 1946 roku zaczęli serię rytuałów opisaną w manuskrypcie "The Book of Babalon". Henrik Bogdan z Uniwersytetu w Geteborgu bada ezoterykę i historię religii. Według jego analizy Parsons uważał, że świat znalazł się pod wpływem brutalnej siły. Przywołanie Babalon miało więc zapobiec zniszczeniu świata. Bogini miała przyjąć ludzką postać w konkretnej kobiecie.

18 stycznia 1946 roku obaj pojechali na pustynię. Parsons zapisał później, że zmieniła się tam atmosfera. Uznał rytuał za udany. Wkrótce w jego domu zjawiła się Marjorie Cameron. Była rudowłosą artystką i dawną członkinią marynarki wojennej USA. Parsons uznał, że to przywołana bogini. Zaczęli romans. Parsons wzorował się na powieści Crowleya "Moonchild". Uznał, że rytuały seksualne pozwolą im począć "magiczne dziecko". Miało ono zostać nowym mesjaszem Thelemy.

Crowley nie był zachwycony. W kwietniu 1946 roku napisał do znajomego, że wpada w szał na myśl o idiotyzmie tych prostaków. Spór kosztował Parsonsa stanowisko szefa loży i odejście z organizacji. Z Hubbardem rozstał się przez kłopoty finansowe. W październiku ożenił się z Cameron. 17 czerwca 1952 roku w jego domowym laboratorium doszło do wybuchu. Parsons zmarł w wieku 37 lat. Uznano to za wypadek, ale padały też oskarżenia o samobójstwo lub morderstwo.

Parsons zapisał się w historii eksploracji kosmosu, choć dziś badacze raczej są zafascynowani jego rytuałami. Na długo przed sondami NASA jeden z jej pionierów szukał odpowiedzi na kosmiczne zagadki zupełnie inaczej - gdzieś pomiędzy światem materialnym a nadprzyrodzonym.